Napięcie. Napięcie unosiło się w powietrzu. Demek począł kroić je swoim gnijącym paznokietkiem na plasterki. Serwował mi po dwa albo trzy dziennie – tylko tyle razy posuwał się wzdłuż mojego więziennego zakątka. Zakątka mającego się stać zakątkiem skrytych, sukkubich rozkoszy.
Śledziłam go, chłonęłam łapczywie najdrobniejsze gesty. Gra wstępna potrafi być nader ekscytująca. Zwłaszcza, jeśli przyciska się swoje krągłości do brudnych krat czekając na dotyk skrawka JEGO powiewającej szaty. JEGO szaty na moich krągłościach. JEGO szaty opinającej JEGO zwarte flaki, JEGO zwartego i gotowego...
***
Wracałem z Wielkiej Sali najedzony wielkim kawałkiem soczystego kurczaka, który dodał mi siły na dzisiejsze przygody. Nie planowałem, którą naiwną dziś zaliczę, jednakże noc jeszcze młoda.
Gdy zbliżałem się do lochów, zdeportował się przede mną Skszad, trzymając jedną ręką srebrzysty talerzyk, a drugą wielkiego brokuła, zachłannie go połykając.
- Przestań się tak obżerać, bo w końcu nie zmieścisz się w drzwiach od Wielkiej Sali. – syknąłem, mijając go. Przerwał pochłanianie swojego ulubionego warzywa i spojrzał na mnie szklistymi oczami. Zaskomlał, a potem zniknął mi z oczu. Wypowiedziałem hasło „obślizgły miętowy goferek” i wszedłem do Pokoju Wspólnego Slytherinu. Ledwo co zrobiłem dwa kroki, a już niebiesko oka blondyna, której imienia nie byłem w stanie sobie przypomnieć z ubiegłej nocy, biegła w moją stronę z rozwartymi ramionami. Wystarczyło chwilę postać, posłać jej ponętny uśmiech i przesunąć się o pół metra w lewo, by z zadowoleniem obserwować, jak wlatuje prosto w ścianę. Napawałem się przez moment tym pięknym widokiem, lecz po chwili, gdy się odwróciła twarzą do mnie, westchnąłem z udawanym współczuciem.
- Och, ty niezdaro! – gdy wstała, klepnąłem ją w tyłek i odwróciłem się, by zniknąć w czeluściach otchłani mego dormitorium.
Gdy wszedłem do środka, ujrzałem brudnego od jedzenia, leżącego na brzuchu Skszada, który zajmował jedną czwartą mego łóżka. Mały skrzat, ubrany w czerwone łachmanki był moim dobrym, lecz naiwnym kumplem. Prychnąłem, widząc jego rozmarzone spojrzenie. Znowu myślał o swojej wyimaginowanej miłości. Cóż za niedorzeczność! Usiadłem na parapecie, odwracając się do okna. Ściemniało się, gdzie nie gdzie migotały lekko gwiazdy.
- Mmm... dziś tak uroczo syknął na Pottera. Uwielbiam kiedy jest wściekły... – mruczał pod nosem Skszad. Zmieniłem pozycje, by spojrzeć na stworka. Patrzył się gdzieś w przestrzeń. Po chwili jego wyraz twarzy niespodziewanie się zmienił w grymas irytacji – Ale dla swego Dejvidka jest miły i czuły! Głaszcze go po tym osyfiałym, tłustym brzuchu. Jego soczyste, przystojne paluszki smerają to zapchlone futro... – syczał z nienawiścią w oczach, obśliniając się przy okazji. Mówił o psie Snape’a. Ten jołop był zauroczony moim nauczycielem, co zmuszało mnie do zastanowienia, czemu się zadaję ze Skszadem.
- Załóż sobie smycz, to może ciebie też tak będzie smerać – powiedziałem sarkastycznie.
- Och, sir Jesus jest ograniczony tylko do panienek w swoim wieku – zreflektował się, skubany.
- Nie jestem ograniczony tylko do nich! – oburzyłem się, prychając. – Mogę poderwać kogo tylko zechcę!
- Czyli uczennice... – mruknął Skszad. Zeskoczyłem z parapetu, wyprostowałem się i założyłem ręce na biodra.
- A więc załóżmy się. – zaproponowałem podirytowany. – Ty wyrwiesz Snape’a – parsknąłęm. – A ja jakąś nauczycielkę.
Stworek spojrzał na mnie, zawiesił, a po chwili jego oczy rozbłysły się.
– Och tak! Już czas najwyższy znokautować jebanego Dejvidka!
Zaśmiałem się, słysząc jak Skszad przeklina swoim piskliwym głosikiem. Podszedłem do niego, stanąłem na przeciwko i wyciągnąłem rękę w jego stronę. On tylko się uśmiechnął rozmarzony i uścisnął mi dłoń swoją małą łapką.
- Kto pierwszy wyrwie swój cel, zauroczy, jakkolwiek, dostanie koszyk niekończących się brokułów – postanowiłem. Wiedziałem, że dla Skszada to będzie najlepsza nagroda, która go z pewnością zmotywuje do działania. Dla mnie będzie to zwykły, szybki podryw, bułka z masłem oraz zabawa przy obserwowaniu Skszada i Snape’a. Zachichotałem złowieszczo i poszedłem lać. Po chwili Skszad lał obok mnie.
***
To był ten poranek, kiedy God najgłośniej krztusił się w celi obok. Pierwszy raz moje cytruski -no dobra, ananaski - nie nabrzmiały na widok Demcia, który szybciuteńko posuwał skrócić męki God’a. Zazdrość. Zazdrość! ZAZDROŚĆ! Wypełniała mnie aż po tkanki tłuszczowe na myśl, że to nie mnie Posuwacz (nazywałam tak w myślach Demka, gdyż z gracją godną primabaleriny dryfował nad niebytem podłoża) obdarzy swoim śmiertelnym buziolakiem. Odwracając się do tego lubieżnego aktu plecami, odgarnęłam zamaszyście włosie na ramię wprawiając w ruch miliony mikroskopijnych kłaczków kurzu. Odpłynęły w stronę jego nozdrzy drażniąc subtelnie ich błonę śluzową. Demek charknął. To był jego pierwszy orgazm.
Runda nr 1
Suki vs zakazana miłość
1 0
Mijały godziny. Mijały kwadranse. Mijały minuty, mijały sekundy. Mijały setne sekundy. Rozłąka dawała mi się we znaki. A ON? A ON posuwał z innym na końcu korytarza. Wytężyłam słuch.
- Demekchrum… - zagaił Demo, kolega po fachu.
- No Demochrumchrum…
- Demek, tych rum umyłeś włosychrum? – Demo pogrążył się w konsternacji.
- Chrumchrum, niechrum.
- Bochrum, pachnie szamponemchrum.
- Hmmm, chrumchrum…
***
Lekcja mugoloznastwa. Justin Janitor kręciła swoim płaskim tyłeczkiem, pisząc na mugolskiej, zielonej tablicy. Wpatrywałem się w jej oblicze, starając się znaleźć coś ciekawego, co było by warte moich starań oraz mego osobistego uroku. Hmm...
- Panie Jesus, czy pana nudzę? – wybudziła mnie z zamyślenia Janitor, zezując swoimi oczami na trzy osoby dalej. Gdyby nie zwróciła się do mnie po imieniu, nie miałbym pojęcia, że do mnie mówi. Gdybym się z nią całował, to patrzyłaby na moje ucho...
- Zastanawiam się właśnie... – mruknąłem cicho pod nosem, krzywiąc się. Następnie uśmiechnąłem się onieśmielająco do niej i odpowiedziałem. – Oczywiście, że nie.
-To dobrze. W takim razie na pewno odpowiesz mi na pytanie. – spojrzała na ścianę, na której zawisał prostokąt, okryty jakimiś równaniami, rzekomo obrazującymi jakichś tam mugoli (nie mam pojęcia o co chodziło). – Czym tutaj pachnie?
Zastanowiłem się przez moment, wpatrując się w tablicę. Wciągnąłem powietrze przez nos.
- Szamponem?
Uczniowie parsknęli śmiechem. Spojrzałem na Malfoy’a obok mnie i zapytałem go. – Umyłeś włosy?
- Ależ nie! – powiedziała donośnie, nagle podniecona Janitor, odwracając się znowu do ściany. Pod liczbami narysowała jakiś mały trójkącik i krzyknęła – Pachnie deltą!
***
Czarne. W słońcu mieniły się czernią. Kiedy padało też były czarne. I pod prysznicem były…nie, stop. On nie brał nigdy prysznicu. Zawsze były czarne, smoliste. I jedno z tych smolistych pasemek zadziornie przysłoniło lewe oko mężczyzny. Oko ukazujące narastający gniew jak w prawie kipiącym kociołku, do którego wsypało się sproszkowane korzonki niezapominaki zamiast gramu żółwiego mózgu.
- Dumbledore! Pełniąc funkcję dyrektora winien jesteś poczynać z większym rozsądkiem. Osoba tego pokroju nauczycielem w wielkim Hogwarcie?! W wielkim Hogwarcie z wieloma pustymi klasami, toaletami…Tak narażać zakątki intymne panicza Jesusa Antychrist’a!
- Severusie, sądzą, że trzeba dać każdemu drugą szansę – wymowny wzrok znad okularów na Nietoperza – I tą szansę zamierzam dać właśnie pannie Sukkub, mimo jej hmmm, perwersyjnej przeszłości. A o cnotę Jesusa się nie martw, na tyle zaprzyjaźnił się z jednym z naszych skrzatów, na tyle są blisko, że…
- Czyżbyś sugerował…
- Ależ skądże.
- Wszyscy Antychristowie prowadzili do ołtarza czystokrwiste, wyjątkowe niewiasty…
- Niewiasty w sukni ślubnej od Versace i z wzwodem…
- A phi! A idźże ty, do jasnej ciasnej…
-…cipy.
Severus Snape zabrał swoje płaskie 4 litery z pluszowego foteliku, poczym z ukrywanym uśmieszkiem na rozkosznie niekształtnych wargach opuścił gabinet. Jesus i…tak, TAK! To z pewnością chodziło o Skszada. Cholera, zrzedła mu mina. Kto zrobiłby mu teraz loda za jedyne dwa brokuły? Jesus odbił mu kochanka.